Uzależnienie od miłości – Eugenia Herzyk

Rozdział 2
Miłość tak pięknie tłumaczy?

Miłość Ci wszystko wybaczy, smutek zamieni Ci w śmiech, miłość tak pięknie tłumaczy zdradę i kłamstwo, i grzech… Każda kobieta, której bliskie są słowa tej piosenki, śpiewanej przez Hankę Ordonównę, tak naprawdę wpadła w pułapkę uzależnienia od miłości. Kocha za bardzo.

Termin „kochanie za bardzo” pochodzi od tytułu książki amerykańskiej psycholog Robin Norwood „Kobiety, które kochają za bardzo”. Jej lektura wielu kobietom otwarła oczy i wskazała przyczyny ich nieudanych relacji z mężczyznami.

Czym jest „kochanie za bardzo”?

Niedojrzałość lub deficyty rodzicielskiej miłości powodują, że w dorosłe życie wchodzimy z niską samooceną, brakiem akceptacji siebie i niewykształconą kobiecością. I usilnie poszukujemy tej „drugiej połówki” – mężczyzny, który nada naszemu życiu sens. Tylko w związku czujemy się wartościowe, czujemy się prawdziwymi kobietami. A gdy jesteśmy same, gdy nie ma przy nas ukochanego mężczyzny, ogarnia nas pustka i bezsens istnienia.

Kiedy mężczyzna staje się dla kobiety potrzebą, a nie wyborem, kobieta próbuje maksymalnie silnie go ze sobą związać. Na ołtarzu miłości składa siebie, a ze swojego poświęcenia chciałaby zbudować partnerowi złotą klatkę, by jej nigdy nie opuścił. Wytrzyma wszystko, aby tylko związek trwał – zaniedbywanie, kłótnie, upokorzenia, przemoc psychiczną, bicie.

Mówi się, że zdrowo kochającą kobietę partner może zranić tylko raz. Kobieta, która „kocha za bardzo” jest raniona bez przerwy. Z lęku przed samotnością trwa w swoim cierpieniu, a żeby jakoś wytłumaczyć je przed sobą, wciąż wierzy, że partner się zmieni. Wreszcie zrozumie swoje złe postępowanie i będzie dla niej tak czuły, jak na początku związku. W pełni uzależniona od mężczyzny nie potrafi już spojrzeć prawdzie w oczy – żyje w stworzonej przez siebie iluzji.

Zwykle prędzej czy później kobieta, która „kocha za bardzo” staje się w związku ofiarą, a jej ukochany – oprawcą. On też jest od niej uzależniony, bo przyzwyczaił się do wygodnej roli „biorcy”. Taki związek, choć toksyczny, potrafi trwać latami, bo symbioza ofiary z oprawcą jest wyjątkowo trwała.

Często kobieta, która „kocha za bardzo” wybiera sobie partnera słabego, nie dającego sobie rady w życiu, uciekającego w nałogi. W roli opiekunki czuje się świetnie, ale jej pomoc nie jest bezinteresowna, bo w zamian oczekuje miłości, opartej na wdzięczności. W życie dorosłe przenosi dokładnie znany jej schemat z dzieciństwa – że na miłość musi zasłużyć. Przez innych uważana za silną, radzącą sobie z problemami, tak naprawdę w życiu osobistym jest wieczną żebraczką miłości. Gdy jej partner odkryje jej słabość – paniczny lęk przed samotnością, gdy kobieta kolejny raz wybaczy mu złe traktowanie – staje się panem sytuacji. To on zaczyna dyktować warunki. Jest też inna możliwość. Mając dość ciągłej dominacji kobiety nad nim, mężczyzna otwiera drzwiczki złotej klatki i ucieka na wolność. A ona pogrąża się w rozpaczy, nie rozumiejąc, jak można być takim okrutnym niewdzięcznikiem.

Po ślubie się zmieni…

Pierwsze objawy, że kobieta ma tendencję do „kochania za bardzo”, mogą wystąpić już na początku relacji z mężczyzną, czyli na etapie tzw. chodzenia ze sobą.

Kasia ma 24 lata i na swoim koncie kilka znajomości, które kończyły się bardzo szybko. Zawsze czuła się samotna, niechciana, nic nie warta jako kobieta i z zazdrością obserwowała swoje koleżanki, zmieniające chłopaków jak rękawiczki. Pięć miesięcy temu poznała Tomka. Zupełnie do siebie nie pasowali –  ona kończyła studia, on nawet nie miał matury, ona miała szerokie zainteresowania, on potrafił rozmawiać tylko o samochodach. Ale Kasia zakochała się w Tomku na zabój. Był jej pierwszym mężczyzną. Poczuła się wreszcie kobietą, a komplementy, jakimi ją obdarzał, bardzo podniosły jej samoocenę. Jej życie nabrało wreszcie sensu. Obawiała się, że będzie się go wstydzić przed znajomymi, ale został przez nich zaakceptowany. Niestety, pojawił się problem – na wspólnie spędzanych imprezach Tomek zawsze się upijał. Prosiła go, żeby zaczął się kontrolować – bezskutecznie. Coraz częściej też umawiał się z kolegami na piwo i w połowie miesiąca kończyły mu się pieniądze. Wtedy mu pożyczała, bo obiecywał poprawę. W chwilach słabości wielokrotnie prosił ją o pomoc, o to, by dała mu jakiś impuls do osobistego rozwoju. Podsuwała mu różne pomysły, ale on nigdy z nich nie skorzystał. Kasia bardzo kochała Tomka za to, że wypełnił pustkę w jej życiu i rozważała możliwość, by wziąć z nim ślub. Może wtedy Tomek wreszcie by się zmienił…

Kobieta, która „kocha za bardzo”, przeważnie już na wczesnym etapie związku widzi wady swojego partnera. Ale choć rozsądek mówi jej: uciekaj, to serce podpowiada co innego. Jej niska samoocena powoduje, że to nie ona wybiera partnera – to on ją wybiera. I kocha go naprawdę za to, że została zauważona i pokochana. Poza tym czuje się potrzebna, a to ją bardzo dowartościowuje. Wierzy, że siła jej miłości go zmieni. Tymczasem słaby partner nigdy nie dojrzeje, nigdy nie zacznie walczyć ze swoim nałogiem, jeśli sam tego nie będzie chciał. I tak naprawdę kobieta, otaczając go opieką, tylko mu w tym przeszkadza.

Kasia ostatecznie zdecydowała się na rozstanie z Tomkiem po tym, jak trafił do aresztu za wywołaną po pijanemu bójkę. Kosztowało ją to bardzo dużo wysiłku i do dziś, choć upłynął już rok, nie może dojść do siebie. Zmieniła numer telefonu, nie kontaktuje się z nim, ale wciąż pojawiają się w jej głowie fantazje, że któregoś dnia przyjdzie do jej mieszkania z kwiatami i poprosi, by wszystko zaczęli od początku.

Rozstania i powroty

Nie każda kobieta ma w sobie taką siłę jak Kasia, by wreszcie spojrzeć prawdzie w oczy i zerwać związek nie mający przed sobą perspektyw.

Emilia jest ze Sławkiem prawie pięć lat. Poznała go jeszcze w liceum, był od niej cztery lata starszy. W zasadzie niby wszystko jest w porządku, ale ona coraz częściej ma wrażenie, jakby znalazła się w pułapce bez wyjścia. Na spotkaniach są pocałunki, pieszczoty, słodkie słówka. Dopiero, gdy wraca do domu, uświadamia sobie, że usłyszała od niego wiele nieprzyjemnych uwag. O tym, że najprawdopodobniej nie uda jej się skończyć studiów, bo jest zbyt leniwa. Albo że powinna bardziej dbać o swoją cerę i że wystarczy go poprosić, a da jej pieniądze na kosmetyczkę. On już pracuje, zresztą pochodzi z dość bogatej rodziny i z pieniędzmi nie ma problemów, ona wciąż jest na utrzymaniu rodziców. Sławek cały czas okazuje jej swoją wyższość, zresztą umawiają się tylko wtedy, kiedy jemu to pasuje. Gdy do niego dzwoni, najczęściej nie odbiera telefonu. W ostatnie Walentynki zaprosił ją do klubu, ale potem zmienił zdanie, tłumacząc się, że bardzo boli go głowa. Zrozumiała i współczuła mu. Wieczorem wysłała sms-a: Jak się czujesz? – Lepiej, wyskoczyłem właśnie z kumplami do pubu – przeczytała w odpowiedzi. Następnego dnia zarzuciła mu, że bardzo źle ją traktuje. Skończyło się to kłótnią. Nazwał ją bezczelną egoistką i powiedział, żeby sobie nie wyobrażała, że będzie na jej usługi. Do dziś się nie odzywa. Który to już raz urwał kontakt? Chyba z ósmy czy dziewiąty. Najdłuższy okres jego milczenia trwał dwa miesiące – to było akurat w wakacje.

A gdy Emilia przyzwyczaja się do myśli, że to definitywne rozstanie i nawet zaczyna odczuwać ulgę z tego powodu, wtedy Sławek, jak gdyby nigdy nic, przysyła jej sms-a: Co u ciebie słychać? I na spotkanie z nim leci jak na skrzydłach. Wierzy, że tym razem coś zrozumiał, że wreszcie między nimi się ułoży. Przez chwilę jest dobrze, ona kwitnie, czuje się kimś wyjątkowym. Po kolejnej awanturze, gdy przestają się widywać, jej samoocena spada do zera. Nie potrafi przerwać tego błędnego koła. Kocha Sławka, mimo wszystko.

Choć może się wydawać, że to Sławek jest winien cierpień Emilii, bo jest niedojrzałym emocjonalnie człowiekiem, nie potrafiącym budować trwałego związku, wodzącym ją za nos, to tak naprawdę za swoje nieszczęście odpowiedzialna jest wyłącznie Emilia. Dopóki tego nie zrozumie, nie uświadomi sobie, że wpadła w uzależnienie od miłości i nie zacznie z nim walczyć, dopóty jej życie się nie zmieni.

Kobieta jest traktowana przez mężczyznę tak, jak sama na to pozwala. Jeśli z powodu deficytu miłości własnej nie ma szacunku do siebie, nie dostanie go od mężczyzny.

Poświęciłam mu życie

Gdy kobieta, która „kocha za bardzo”, tworzy stały związek z mężczyzną i mieszka z nim pod jednym dachem, jej uzależnienie od miłości rozwija się i przyjmuje formę „poświęcenia”.

Ewa i Jacek mają po 37 lat, znają się od siedmiu, a małżeństwem są cztery lata. Ewa tak opisuje ich związek. „Zawsze miałam niską samoocenę i to, że w szkole i na studiach byłam najlepsza, wynikało z tego, że wciąż musiałam udowadniać sobie swoją wartość. Pokochałam Jacka dlatego, że on mnie pokochał. A jeśli ktoś już pokocha kogoś takiego jak ja, to warto mu poświęcić życie. Zanim wzięliśmy ślub, przez swoją nieuwagę zaszłam w ciążę. Dałam się przekonać Jackowi, że to nie jest odpowiedni moment na posiadanie dziecka… Jacek zresztą zawsze był dominującą stroną w tym związku, ja byłam cicha i łagodna. Często, gdy byliśmy ze znajomymi, źle się o mnie wyrażał, ale ja obracałam to w żart. Gdy było mi źle, gdy nie panowałam nad emocjami, zamiast mnie pocieszyć i przytulić, ranił mnie nieprzyjemnymi słowami. Potem były ciche dni, po których zawsze ja pierwsza wyciągałam rękę do zgody i przepraszałam za swoje zachowanie. Nigdy nie ograniczałam wolności Jacka – wyjeżdżał, kiedy chciał. Zarabiał dużo więcej niż ja, ale dom utrzymywałam tylko ze swojej pensji. Na mieszkanie wzięliśmy wspólny kredyt, dawałam mu pieniądze na połowę raty, w konsekwencji na moje własne potrzeby zostawało mi miesięcznie jakieś 200 złotych. Ale nie narzekałam – ważne dla mnie było to, że u mojego boku jest ukochany mężczyzna. Trzy miesiące temu Jacek mnie zdradził. Przyznał się do tego i powiedział, że zdecydował się odejść do tej kobiety. Chce rozwodu. Ja nie potrafię sobie z tym poradzić. Pomimo zdrady, upokorzeń, jakich doznawałam, nie przestałam go kochać. Był moim pierwszym mężczyzną i wciąż odczuwam do niego pociąg fizyczny. Nadal razem ze sobą mieszkamy, ale śpimy już osobno. Nie mogę zrozumieć, jak można być takim niewdzięcznikiem. To dla niego zabiłam nasze dziecko, dla niego pracowałam, by miał piękne mieszkanie. Choć być może każda inna kobieta na moim miejscu wykopałaby męża za drzwi, ja nie potrafię i chyba się tego boję”.

Ewa powieliła schemat z dzieciństwa – jej matka też była „męczennicą”. Poświęcenie życia partnerowi wynikało przede wszystkim z jej niskiej samooceny. Gdyby czuła własną wartość, potrafiłaby zadbać o swoje potrzeby i wytyczyć granice, których nikt nie może przekraczać. Powinna koniecznie poszukać pomocy u psychoterapeuty, który pomoże jej podnieść własną samoocenę i odnaleźć siebie. Jeśli tego nie zrobi, w następnym związku znów będzie „kochać za bardzo”.

Dla każdej kobiety rozstanie z partnerem jest trudne, ale dla kobiety, która „kocha za bardzo” stanowi traumę, z której trudno jej wyjść, ponieważ ukochany mężczyzna jest sensem jej życia.

——————————————————————————

HISTORIA PRZYPADKU

Dlaczego mi to zrobił?

Jednym z objawów, że kobieta „kocha za bardzo” jest to, że choć w związku czuje się nieszczęśliwa, nie potrafi od mężczyzny odejść. Dlaczego? Bo panicznie boi się samotności.

Terapeuci specjalizujący się w leczeniu uzależnień mówią, że motywację do walki z nałogiem uzyskuje się dopiero wtedy, gdy ból i straty, jakich się doznaje tkwiąc w nim, stają się nie do zniesienia. Wówczas podejmuje się decyzję o odstawieniu czynnika uzależniającego, godząc się na cierpienia związane z tak zwanym zespołem abstynencyjnym. Podobne zjawisko zaobserwować można w przypadku uzależnienia od miłości. Kobieta, która „kocha za bardzo”, potrafi latami tkwić w toksycznym związku, dopóki jakieś wydarzenie nie przeleje kielicha jej nieszczęść.

Beata trafiła do psychoterapeutki w fatalnym stanie. Tłumiąc płacz, opowiedziała historię swojego piętnastoletniego związku. Oto jej opowieść.

„Od dzieciństwa wierzyłam, że sens życiu człowieka nadaje tylko wielka miłość. Nie interesowałam się przelotnymi znajomościami z chłopakami, było to dla mnie rozmienianiem się na drobne. W wieku 21 lat poznałam bardzo przystojnego, wrażliwego, czułego mężczyznę i od początku wiedziałam, że znalazłam to, czego szukałam. Zbyszek był ode mnie dużo starszy, miał 43 lata, ale zupełnie mi to nie przeszkadzało. Najważniejsze dla mnie było to, że się kochamy, że czuję, że jest moją „drugą połówką”. Zamieszkaliśmy razem i wkrótce wzięliśmy ślub. Studiowałam prawo, więc pomagałam mu w jego rozprawach sądowych o alimenty na dzieci z pierwszego małżeństwa. Finansowo nie staliśmy wtedy dobrze, Zbyszek zarabiał niewiele jako handlowiec, ja dorabiałam korepetycjami.

Sytuacja się zmieniła, gdy skończyłam studia i założyłam własną firmę. Pracowałam po kilkanaście godzin na dobę, ale były efekty. Pieniędzy przybywało, zaczęliśmy jeździć na zagraniczne urlopy, kupiliśmy samochód. Byłam coraz bardziej zmęczona, ale najważniejsze dla mnie było, że zawsze w domu czeka na mnie ukochany mężczyzna, który mnie nie zdradza, gotuje obiady, ma dla mnie ciepłe słowo. Starałam się, by nie miał kompleksów z tego powodu, że zarabiam cztery razy więcej od niego. Nigdy mu nie wypomniałam, że płacę za niego alimenty, że samochód i urlopy są za moje pieniądze. Nie było tematu.

Cztery lata temu Zbyszek jednak się zmienił. Zaczął mnie krytykować, narzekać na wszystko. Jeśli mieliśmy różne zdania w jakiejś kwestii, zawsze musiało być tak, jak on chciał. Gdy próbowałam postawić na swoim, słyszałam, że jeśli nie będę go słuchać, to przestanie mnie kochać. Raz nie wytrzymałam. Kiedy się dowiedział, że podjęłam decyzję bez jego wiedzy, zrobił mi karczemną awanturę. Kłóciliśmy się całą noc. Na koniec powiedział mi, że nie zasługuję na jego miłość, że jestem egoistyczną dziwką, która go wykorzystała. I że związał się ze mną z litości.

Nie mogłam w to uwierzyć. Po jedenastu latach udanego związku, z jakiegoś zupełnie błahego powodu, on odebrał mi swoją miłość. Stało się ze mną wtedy coś dziwnego. Tak, jakby zupełnie rozpadła się moja osobowość. Z silnej bizneswoman stałam się słabą, zahukaną kobietą. Moi pracownicy mnie nie poznawali. Znikła gdzieś moja energia, przebojowość, uśmiech na twarzy. Płakałam po nocach, Zbyszek przeniósł się do drugiego pokoju.

Ciągle wierzyłam jednak, że mu przejdzie. Że mnie przeprosi za swoje słowa i za swoje zachowanie. Mało jednak odzywaliśmy się do siebie. I tak minęły dwa miesiące. Dla mnie to był koszmar. W końcu przemyślałam wszystko raz jeszcze i stwierdziłam, że nie powinnam działać wbrew jego woli, zrozumiałam, jak bardzo go skrzywdziłam, jak bardzo byłam egoistyczna. To ja wyciągnęłam rękę do zgody. Stał się wspólnikiem w mojej firmie i współwłaścicielem mojego mieszkania, co bardzo podbudowało jego samoocenę. Powróciły miłe chwile, jego czułość, wspólne wyjazdy.

Od roku jednak Zbyszek zaczął mieć napady obsesyjnej zazdrości. Gdy spóźniłam się pięć minut, wypytywał gdzie byłam. Odkryłam, że sprawdza moją komórką i skrzynkę mailową. Gdy spytałam – dlaczego, powiedział, że ma swoje powody. To zaczynało być nie do zniesienia. Zaczął mi zarzucać, że romansuję z pracownikami. Na nic zdawały się moje zaprzeczenia – codzienne awantury stawały się normą. Przestaliśmy spotykać się ze znajomymi, w końcu zabronił mi gdziekolwiek samej wychodzić.

W sobotę, po kolejnej kłótni, trzasnęłam drzwiami i poszłam nocować do koleżanki. W poniedziałek pojawiłam się w pracy dość późno. I gdy chciałam zrobić przelewy z internetowego konta, zauważyłam, że znikły wszystkie pieniądze. Beneficjentem był Zbyszek. Nie odbierał telefonu, więc pojechałam do mieszkania. Zamki były zmienione. Dostałam szału i zaczęłam tłuc pięścią w drzwi. Potem wróciłam do koleżanki. Od tego momentu minął tydzień. Wpadłam w totalną depresję – nic nie jem, nie śpię. Koleżanka poleciła mi wizytę u pani. Proszę powiedzieć, dlaczego on mi to zrobił?”

(ODNOWA, nr 4 z 2008 roku)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *