Mój mąż jest DDA. Co robić? – Dorota Frontczak – Gazeta Wyborcza

Rozmowa z prof. Jerzym Mellibrudą
Źródło: Gazeta Wyborcza

Jeśli w związku toczy się walka, to etykietka „mój mąż jest DDA” może służyć złym celom, stać się maczugą: „wszystko przez ciebie, bo jesteś DDA, idź się leczyć!”. Albo też usprawiedliwieniem, które zablokuje zmianę – no tak, bo on jest DDA i trudno, widać tak musi być. A nie musi.

Dorota Frontczak: Po czym można poznać, że mój życiowy partner jest dorosłym dzieckiem alkoholików?Prof. Jerzy Mellibruda: A dlaczego miałaby pani to rozpoznawać?

Żeby zrozumieć, skąd się biorą problemy w naszym związku. I znaleźć sposób, by sobie z nimi poradzić.

– Wyjaśnianie aktualnych trudności przez odwoływanie się do zamierzchłej przeszłości jednego z partnerów jest mało produktywne. Zdecydowanie lepiej jest zacząć od rozpoznania tego, co jest trudnością doświadczaną przez panią w związku, jak te trudności się przejawiają – to jest najważniejsze.

Trzeba usiąść samemu ze sobą i nazwać problem na poziomie konkretnych sytuacji i zachowań – czego jest według mnie za dużo, czego za mało, jaki w tej trudności jest wkład mój, jaki jest wkład mojego partnera i jaka jest historia wyłaniania się problemu, bo przecież nie pojawił się na pierwszej randce. Następnie warto spróbować porozmawiać o tym z partnerem. Na tym polega rozwiązywanie problemów w związku – na komunikowaniu się. A nie na sprawdzaniu, czy on jest DDA, czy nie.

Być może ktoś, czytając teksty w cyklu „Dorosłe dzieci”, dostrzeże, że jego partner czy partnerka zachowują się podobnie do bohaterów reportażu. I co z tą wiedzą zrobić?

– DDA nie opisuje psychiki człowieka, tylko informuje, że tata lub mama kiedyś patologicznie pili. Jeśli toczy się w związku walka, to taka etykietka „mój mąż jest DDA” może posłużyć złym celom, stać się maczugą: „wszystko przez ciebie, bo jesteś DDA, idź się leczyć!”. Albo też usprawiedliwieniem, które zablokuje zmianę – no tak, bo on jest DDA i trudno, widać tak musi być. A nie musi.

Z drugiej strony, jeżeli to jest wstępna faza psucia się związku, to ta informacja może korespondować z miękkim sercem kobiety, która tylko marzy o tym, żeby się okazało, że on nie przestał jej kochać, tylko po prostu ma straszne problemy wyniesione z dzieciństwa. Ta wiedza może pomóc go lepiej zrozumieć.

Mam w tym, co mówię, wyraźną intencję, żeby kiedy pojawiają się trudności we współżyciu, kwestie tożsamości DDA odkładać tak długo na później, jak się tylko da. Bo czemu miałaby służyć taka diagnoza męża czy żony? Wysłaniu partnera na terapię? Bo to „on” się musi zmienić? Ten pomysł na rozwiązywanie problemów w związku powinien być rozpatrywany najwyżej w trzeciej kolejności.

A co w pierwszej i w drugiej?

– O pierwszym kroku już mówiłem – trzeba rozpoznać specyfikę wspólnego problemu i próbować wspólnie poszukiwać jego rozwiązania. Jeśli żona chodzi sama na terapię, jej psychoterapeuta powinien rozpatrzyć, czy ona w swoim postępowaniu może wprowadzić jakieś zmiany, które mogłyby pomóc związkowi.

Nie powiedzieliśmy jeszcze o drugim kroku…

– To wspólne skorzystanie z pomocy psychoterapeuty lub doradcy małżeńskiego – czyli tzw. terapia par. Pomoc specjalisty polega na ulepszaniu i wsparciu wzajemnego konstruktywnego komunikowania się małżonków. Wiele problemów wynika z tego, że ludzie nie umieją rozmawiać o tym, co jest trudne. Co gorsza, zwykle ludzie, kiedy napotkają trudność w związku, reagują w taki sposób, że jeszcze tę trudność nasilają – mężczyzna, bo nie umie mówić o uczuciach, a kobieta, bo wzbudza w nim poczucie winy albo straszy, że od niego odejdzie.

Terapia pary może przebiec w dwóch kierunkach. Czasem udział specjalisty może uruchomić proces korzystnych przemian. A czasem ludzie odkrywają, że dzieli ich więcej, niż łączy, i wtedy praca skupia się na tym, by rozstanie było jak najmniej niszczące.

Dopiero jak para skorzysta z tych dwóch kroków, można myśleć o tym, by któryś z małżonków skorzystał z pomocy indywidualnej, która pomoże mu poradzić sobie z problemami, które objawiają się nie tylko w interakcji, ale także w indywidualności tej osoby.

Z tego, co pan mówi, rozumiem, że jeżeli mój mąż jest DDA, to jeszcze nie jest koniec świata. Nie muszę pakować manatków, bo nic już z tego nie będzie? Obiegowe opinie są takie, że z DDA to żyć się nie da.

– To bzdura. Bycie DDA to nie jest choroba ani nawet ściśle opisany syndrom. Z jednej rodziny może wyjść dwójka dzieci, z których jedno będzie sobie dobrze radzić w dorosłym życiu, a drugie nie. Co więcej, jeśli nawet weźmiemy dwoje różnych DDA, którzy poszli na terapie, bo sobie nie radzili, może się okazać, że ich emocjonalność czy zachowanie utrudnia im życie w zupełnie różnych sferach i na dwa różne sposoby.

Czy wielu spośród DDA wybiera samotniczy tryb życia? No bo skoro mają trudności w nawiązaniu i utrzymaniu związku…

– Osoby wywodzące się z patologicznych rodzin mają silne pragnienie, by mieć coś dobrego w swojej własnej rodzinie. W nich jest głód ciepła i bliskości, więc mają nadzieję, że im się uda. Z drugiej strony jest w nich obawa, że to jest niemożliwe, i czekają, kiedy nadejdzie katastrofa…

A jak jej nie ma, to czasem sami ją prowokują…

– Nie nazwałby tego prowokacją, bo to sugeruje czyjeś złe zamiary, ale jest sporo związków, które są psute właśnie dlatego, że jeden z partnerów ma w sobie za mało miejsca na to, by przyjmować dobro i się nim cieszyć. Nauczył się czekać na zagrożenie, na katastrofę. „On mówi dzisiaj, że mnie kocha i jest dobry, ale co będzie jutro, a co będzie wieczorem, on dziś na mnie podniósł głos, chyba z nami koniec, chyba już mnie nie chce”. Takie zachowanie bierze się stąd, że w domu codziennie czekało się, co wieczorem będzie z tatusiem. I do tego mama powtarzała, żeby nie wierzyć mężczyznom. Jest to czasem nieznośne i poważnie uszkadza związek.

Czy DDA ma tendencję do wchodzenia w związki z drugim DDA?

– To nie jest reguła, choć dość często się to zdarza. Łączą się w pary na gruncie wspólnych doświadczeń i niespełnionych marzeń. Jeżeli mają trochę świadomości tego, skąd się biorą ich problemy, mogą je wspólnie dźwigać oraz rozwiązywać, i to jest cenne.

* prof. Jerzy Mellibruda jest psychologiem specjalizującym się w problematyce uzależnień i wykładowcą w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej, szefem Instytutu Psychologii ZdrowiaPolskiego Towarzystwa Psychologicznego. Był promotorem, założycielem i wieloletnim dyrektorem Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych

Źródło: Gazeta Wyborcza