Okaleczone – Anna Kamińska – Wysokie Obcasy

Co, ja nie dam rady?!

– Zna pani te role, w które wchodzi dorosłe dziecko alkoholika? Bohater (czyli dziecko, które sobie świetnie radzi, przejmując w domu obowiązki rodzica), maskotka (zabawia rodzica alkoholika), dziecko we mgle (niewidzialne – zachowuje się w domu tak, jakby go nie było)? No to ja zawsze byłam bohater. Dlaczego pani zdjęła buty? Co? Tu jest czysto?! Cha, cha, cha. W porównaniu z tym, jak jeszcze do niedawna lśniło, to tu jest brudno! Mamy za to zdrowszą atmosferę. Mieszkamy z córkami (w wieku 24 i 22 lata) we trzy. Całe życie sprzątałam dom sama. W pewnym momencie powiedziałam ‚dość’. Od dziś zmieniamy zasady. Widzisz, że jest brudno, to nie czekasz, aż generał wyda rozkaz, tylko sprzątasz. Widzisz, że w lodówce nic nie ma, to idziesz do sklepu. Wszystkie jesteśmy dorosłe i zarabiamy, nie? Kiedyś byłam jak wielofunkcyjna maszyna. Wstawałam o 6 i zanim cały dom wstał, już byłam po spacerze z psem i po zakupach. Śniadanie było na stole, a córki i mąż łaskawie do tego stołu się schodzili. Wieczorami, gdy wracałam do domu, stawiałam w kuchni torby z zakupami i od razu do garów. Gotowałam, prałam i sprzątałam. I tak przez 20 lat. Za rodzinę robiłam wszystko, co tylko można. I zarządzałam domem. Jak generał.

Elżbieta ma 47 lat i mieszka w domu z ogrodem pod Warszawą. Do zarządzania domem była zaprawiana w bojach od dzieciństwa. Elżbieta: – Kiedy tata znikał na tydzień (pił z kolegami), ja brałam młodszego brata, puk, puk do sąsiadów i oni już wiedzieli, o co chodzi. Karmili nas. Kładli spać. Mamy w domu nie było. Tak jak ojciec piła, a pewnego dnia nas zostawiła.

Trafiłam wtedy na jakiś czas do domu dziecka. Kiedy w wieku 22 lat wyszłam za mąż, założyłam sobie: Elka, byleby nie było jak w dzieciństwie, byleby ta rodzina była. Za wszelką cenę. Gdy po latach mąż został prezesem i dorobiliśmy się pięknego domu, myślałam sobie: pochodzę z takiej patologii i mam taki dom. Super! Na to, jakie się pod tym kryło bagienko, przymykałam oko. Mąż zawsze miał kobiety. Wiedziałam o tym, on wiedział, że ja wiem. Tak jak do sprzątania w domu i rozdzielania obowiązków musiałam też dojrzeć do tego, by zrobić porządek z mężem. Mąż mówił, że jestem jak generał, który nim ciągle zarządza, a z generałem się nie śpi. Z kobietą się śpi. Winę wzięłam na siebie. Pomyślałam – poszłam w książki, zamiast zająć się mężem. Ma rację. Jestem psychologiem, ciągle się doszkalam. Cztery lata temu zwierzyłam się koleżance po fachu, psychoterapeutce, że czuję się winna, że mąż mnie zdradza. Ona na to: ‚Masz typowy objaw DDA’.

Zawsze wiedziałam, że jestem DDA, i od dawna pracowałam nad sobą, choć nie na specjalnej terapii. Kiedy zaczynałam studiować psychologię, nie mówiło się w Polsce o DDA, tylko o dzieciach z rodziny dysfunkcyjnej. Wiedziałam, że pochodzę z rodziny z problemami i to wpłynęło na to, jaka jestem, ale sama studiowałam siebie, poznając psychologię, i uczyłam się pokonywać złe nawyki. Kiedyś wróciłam z jakichś warsztatów i powiedziałam córkom: ‚Koniec z moim oporządzaniem całego domu. Teraz oczekuję, że będziecie w tym współuczestniczyć’. I zaczęłam od nich tego wymagać. Robiłam to za każdym razem, gdy wracałam z jakiegoś szkolenia, gdzie dowiadywałam się, że u mnie w domu nie jest tak, jak być powinno.

Wiedziałam, że są terapie dla DDA, ale jako psycholog byłam wielu rzeczy świadoma i myślałam, że to wystarczy, by sobie z DDA radzić. Kto sobie ma radzić, jak nie ja?! Po rozmowie z koleżanką psychoterapeutką zrozumiałam, że jednak nie wszystkiego jestem świadoma. To była naprawdę ważna rozmowa. Poczułam się tak, jakby ktoś mnie wyciągnął za włosy z tego całego syndromu DDA, postawił obok i kazał na siebie spojrzeć. Tak jak ja patrzę na swoich pacjentów. I wtedy po raz pierwszy zebrałam w sobie jakieś nadludzkie siły, żeby powiedzieć ‚stop’. Dłużej tak nie można. Przyjechałam do domu i powiedziałam do męża: ‚Masz trzy dni na wyprowadzkę’.

Jasne! To nie było ot tak! To we mnie latami narastało, ale zawsze, żeby się przyznać (i coś zmienić), trzeba mieć do tego gotowość. Do mnie przyszła, jak byłam po czterdziestce. Dotarło do mnie: już nie zmienię tych 20 lat życia w kłamstwie, ale od dziś chcę żyć inaczej. Chcę odejść (dziś wiem, że to był przełom, bo DDA nie odchodzi, nie mówi: ‚Żegnaj’). Dwa tygodnie temu podpisałam separację majątkową. Nie żyjemy razem już trzy miesiące. I obydwoje uważamy, że nigdy do siebie nie pasowaliśmy. Mąż się wyprowadził, ja zostałam w naszym starym domu z córkami. Myśli pani, że tym samym rozstałam się z DDA? A skąd. Wyszłam z małżeństwa, w którym było mi źle, ale nie z DDA. Nie można wyjść z DDA. Można jedynie poprawić jakość życia: zluzować nadodpowiedzialność, popuścić nadobowiązkowość, zmniejszyć tendencję do wchodzenia w rolę ofiary: bycia dla mamy podpórką, dla męża wycieraczką, dla dzieci chusteczką do nosa. Całe życie nad tym pracuję.

Wiele rzeczy można poprawić, ale nie wiem, czy to jest do pokonania całkowicie. Bo na przykład dziś, mimo że wiem, że zrobiłam dobrze, mam cały czas wyrzuty sumienia, bo powieliłam rodzinny schemat. Budzi się we mnie czasem taka mała Ela i mówi: rozbiłaś rodzinę jak twoi rodzice. Wstaję rano i myślę: rany boskie, co ja takiego zrobiłam?!

Źródło: Wysokie Obcasy
Rysunki: Maciej Sieńczyk