Okaleczone – Anna Kamińska – Wysokie Obcasy

Jestem nic niewarta

– Załamałam się, gdy się dowiedziałam, że to jest to. Jeszcze żeby to był rak! Raka masz szansę wyciąć, naświetlić. DDA nie naświetlisz. DDA to rak duszy. Kaśka pracuje w korporacji. Jest specjalistką od finansów, właśnie awansowała. Szczupła, ostatnio schudła 6 kg. Szara koszula, szara kamizelka. Ma 30 lat, obrączkę na palcu i krótko obcięte paznokcie. – Gdy to u siebie wykryłam pięć lat temu, przetrzepałam cały internet i zaczęłam czytać, co mi wpadło w ręce: ‚Toksycznych rodziców’, ‚Lęk przed bliskością’, ‚Powrót do swego wewnętrznego domu’. Chłonęłam te teksty i myślałam: Boże, jak dobrze! Całe życie czułam, że mam jakiś defekt i dlatego ludzie mnie unikają. W szkole miałam odwieczny problem: z kim siedzieć w ławce. Gdy poszłam na studia, w przerwach między zajęciami ryczałam w kiblu, bo bałam się odezwać do innych. Bo oni tyle wiedzą, tyle zarabiają, tacy są mądrzy. Myślałam, że muszę się do nich połasić, żeby w ogóle chcieli ze mną rozmawiać.

– Z książek o trudnym dzieciństwie dowiedziałam się, że nie jestem popieprzona, tylko chora. Przeczytałam, że ludzie wychowani w pewnych ciężkich warunkach nabywają różnych cech i jeśli to cechy nabyte, to da się ich pozbyć, tylko że to jest strasznie długi proces. Ojciec był takim skurwysynem, że nawet jak nie pił, chciało się go zabić. Agresywny potwór, który nie wiadomo kiedy wybuchnie i trzeba będzie kryć się przed nim w piwnicy, bo gania z nożem. Z takich domów jak swój Kaśka zawsze wybierała sobie partnerów. Kiedyś trafił się nareszcie chłopak z fajnej rodziny. Pracował w hospicjum, jeździł na obozy z dziećmi z domów dziecka. Kaśka: – Dobry człowiek. Powiedziałam mu, że jestem DDA. Wyjaśniłam o co chodzi. ‚To musimy zmienić status znajomości’ – odpowiedział. I było po związku.

Kiedy poznała Marka, swojego obecnego męża, już się tak nie spieszyła z wyznaniem. Powiedziała mu po roku. Marek wziął głęboki oddech i wykrztusił: ‚Damy radę’. – To jest taki facet – Kaśka chwali Marka. – Nie byliśmy jeszcze małżeństwem. Musiałam wziąć postinor. Marek wziął ulotkę, poczytał o skutkach ubocznych i powiedział: ‚Nie bierz tego’. Kaśka nazywa Marka: facet nitrogliceryna. – Taki zastrzyk do życia. Bo wszystko zaczęło się kręcić, gdy się pojawił. Wiedziałam, że jestem DDA, ale bałam się terapii. I nagle przyszła miłość. Wiedziałam, że nie mogę tego schrzanić. Pojechali razem na wakacje. Kaśka była przez cały wyjazd tykającą bombą (‚Nic mi się nie podobało, niczego nie miałam ochoty oglądać, nie chciałam nigdzie chodzić, nawet się uśmiechnąć. Wszystko z łachą’). Marek wtedy powiedział: ‚Proszę cię, idź na terapię’. I Kaśka poszła. Kaśka: – To, co się działo na terapii, przypomina obieranie cebuli. Zdejmujesz kolejne warstwy i ta cebula coraz mniej drażni, coraz mniej śmierdzi i coraz mniej płaczesz. Tam pokonałam odwieczny lęk, że jestem śmieciem i nie powinnam się odzywać. To jest tak. Ojciec cię bije w dzieciństwie i nie mówi za co. Bez tłumaczenia wpierdol. Matka temu przyklaskuje. Myślisz sobie: widocznie na to zasługuję, jestem gównem. Trafiasz na terapię i zaczynasz rozumieć, że to nie twoja wina, że to ktoś inny zrobił ci krzywdę. Co czujesz? Pewnie, że ulgę.

Kolejne warstwy Kaśka obierała też w domu. – Kiedy zamieszkaliśmy z Markiem, gdy coś mi się nie podobało, strzelałam focha, trzaskałam drzwiami i wychodziłam. Nie umiałam rozmawiać. On mi kiedyś powiedział: ‚Słuchaj, rozumiem, że jesteś DDA, wiem, że to typowe zachowanie, ale jeszcze raz wyjdziesz z domu, zamiast ze mną porozmawiać, to się rozstaniemy’.

Więc Kaśka zaczęła mówić. Kaśka: – Mój mąż wychował się w szczęśliwej rodzinie. Twierdzi, że przy mnie wydoroślał, bo zobaczył, że w życiu są też problemy. Żartuje sobie czasami, że nie przeżył żadnej traumy, dopóki mnie nie spotkał.

Szliśmy do jego rodziców i otwierałam oczy ze zdumienia. On do nikogo się nie łasił, nikogo nie udawał i z nikogo nie naśmiewał, tylko po prostu mówił ludziom miłe rzeczy. U mnie w domu ojciec chwalił mnie tylko na imprezach rodzinnych. Stawiał mnie przy pianinie, śpiewałam i byłam rodzinną gwiazdą. Moja matka przynosiła mi zupę w słoiku do szkoły, ale kiedy inne matki zwracały jej uwagę, że nie mam koleżanek i ciągle z tego powodu płaczę, odpowiadała: ‚No, ale dobrze się uczy’. Matka pracowała w szkole z dziećmi w klasach I-III. Ojciec jest organistą. Jestem najmłodsza, mam trójkę starszego rodzeństwa. Kiedy matka kupowała mi buty, nie pytała, jakie chcę, tylko wybierała je za mnie. Zero rozmowy. I tak było ze wszystkim.

Z jednej strony dbała o to, żebym miała co jeść, ale potrafiła mnie też za to, że pyskuję, uderzyć. Nie mówiła, że nie pyskuje się rodzicom, tylko od razu w twarz. Dbała o to, żebym miała jakieś zajęcia po lekcjach, ale w ogóle nie dbała o porządek w domu. Nie uczyła, żeby po sobie sprzątać. W łazience był syf. Była wiecznie umęczoną życiem kobietą: ‚Bo wy mnie dobijecie’ – powtarzała, gdy próbowałam jej się z czegoś zwierzyć. Nie tłumaczyła, nie uczyła, nie chwaliła. Wygrałam w szkole konkurs – cisza, przyniosłam piątkę – cisza, zrobiłam ciasto – cisza. Zanim poszłam na terapię, dzwoniłam czasem do domu. Mieszkam w Warszawie, rodzice żyją w małym mieście. Opowiadałam mamie, że ktoś na mnie nakrzyczał w pracy albo coś mnie spotkało przykrego, i zawsze słyszałam, że to na pewno moja wina. I że szef musi czasami pokrzyczeć. Matka uważa, że jak ktoś się wpakował w kłopoty, to jego wina i powinien w tym tkwić. Ojciec uważa tak samo. Kiedyś powiedziałam na terapii, że mam o to do rodziców żal. Terapeutka zaproponowała ćwiczenie. Miałam wyobrazić sobie, że ona jest moim domem, a ja mam usiąść w fotelu w takiej pozycji względem domu, w jakiej chcę. Usiadłam, odwracając się plecami, ale spoglądałam na ‚dom’ kątem oka. Terapeutka zapytała: ‚Dlaczego się całkowicie nie odwrócisz?’. Ja na to: ‚Nie mogę’. Dzięki temu ćwiczeniu zrozumiałam, że choć wiem, że nigdy od rodziców nie dostanę wsparcia, cały czas o to zabiegam. Liczę podświadomie na chociaż jedno dobre słowo. Przestałam teraz dzwonić po wsparcie, bo wiem, że i tak dostanę w tyłek.

Zadbałam także o siebie zaniedbaną w dzieciństwie. Kiedyś na zajęciach miałam spojrzeć na siebie jak na małą Kasię i powiedzieć, co czuję. To mnie zupełnie rozbroiło. Zobaczyłam dziecko, z którym nikt nie chce się bawić, którego nikt nie słucha i z którym nikt nie rozmawia. Chciałam je przytulić, pobawić się z nim, kupić mu to, co chce, i wysłać na wakacje, na które mnie nigdy nikt nie wysyłał. Płakałam strasznie, ale byłam szczęśliwa, bo czułam się tak, jakby się wreszcie ktoś mną zaopiekował. Po raz pierwszy poczułam się kochana. Dzięki temu ćwiczeniu przełamałam też barierę mówienia o tym, co czuję, co myślę, czego chcę. W różnych życiowych sytuacjach coraz łatwiej było mi o sobie opowiadać innym. Nie tylko na terapii. Marek też otworzył Kaśkę na ludzi. Kaśka: – Szliśmy na imprezę, on jest towarzyski i lubiany, ja siedziałam cicho i chciałam uciec. I on wtedy zaczynał mówić: moja Kasia to, moja Kasia tamto. Chwalił, robił mi PR. Mnie mówi to samo co innym: ‚Kotek, jaka ty jesteś mądra. Dostałaś lepszą pracę, wysyłają cię na szkolenia, poprawiły ci się relacje’. Kiedy awansowałam, obdzwonił wszystkich znajomych. Dzisiaj, jak gdzieś idziemy, już jestem. Mogę się śmiać, żartować, nawiązać kontakt. Fajne uczucie. Tak, jakbyś ponad 25 lat siedziała w klatce i nagle ktoś by cię wypuścił.

Jedna myśl nt. „Okaleczone – Anna Kamińska – Wysokie Obcasy

  1. kajutek

    Dobry artykuł. Płakałam, śmiałam się, czułam jakbym to ja pisała te słowa, czułam jakby moje przeżycia przy tych opisywanych to pikuś. Nadzieja, radość, żal i tak na zmianę… Każde DDA jest inne, ale doskonale się rozumiemy słuchając historii innych ludzi i to nas właśnie łączy – silne uczucia, za silne jak dla małego dziecka, za dużo tego było, aby móc to samemu udźwignąć. Na szczęście są terapie, przyjaciele, mężowie, żony, książki dzięki którym może być lepiej. Najtrudniej jest zacząć, potem już jakoś idzie 🙂 życzę dużo siły wszystkim DDA.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *